Margonem Batalia Światła, rozdział 3

Autor: Polskijjay

Rozdział 3
Tajemniczy sprzymierzeniec

„Ciemność. Nagle znikąd zapaliły się cztery pochodnie. Ognie ich jarzyły się niemalże czystą czerwienią, z lekkim odcieniem rubinu. Same pochodnie były umieszczone idealnie naprzeciw siebie, w każdej z czterech ścian groty. Grota miała niemal idealnie sześcienny kształt. Jedynie kąty na suficie miała lekko zaokrąglone, co dawało sufitowi kształt wysokiej, nieregularnej kopuły. Wejściem do niej była idealnie wykuta przerwa w ścianie. Jej kształt i wymiary przynosiły na myśl drzwi. Na środku groty stała dziwna postać. Była ona ubrana na czarno, a całą twarz zakrywał założony kaptur. Trzymała w dłoni długi, nietypowy zielony łuk o czarnych zaokrągleniach na końcach. Po jej pozie widać było, iż na kogoś czeka. Nagle z przerwy w ścianie wyszedł mężczyzna ubrany w czerwono-zielona tunikę, czerwone spodnie zapięte złotym pasem i żelazne buty. Na głowie miał zieloną, czapkę, jedną z tych, które nosi część tropicieli. Na plecach powiewał mu czarny płaszcz. W dłoniach trzymał prosty miecz wykonany na kształt krzyża, ze złotą osłoną. Miał brązowe, rozkudłane włosy i nienaturalne, czerwone oczy. Był to Mroczny Patryk w samej osobie. Tajemnicza postać odezwała się do niego:
— Widziałem twego brata. Przemierzał on razem z dużą liczbą tropicieli Słoneczną Wyżynę.
Mroczny Patryk uśmiechnął się ponuro.
— A więc bliski jest dzień, w którym oczyszczę ten świat z jego obecności. A wtedy to ja zyskam pełną moc Spopielenia.
Tajemnicza postać skrzyżowała ręce.
— A wtedy Mistrz będzie mógł wprowadzić w życie swój plan.
— Natychmiast wyruszam do Thuzal. Mojemu bratu przyda się towarzystwo.
— Chyba nie chcesz natychmiast tego kończyć? Moc Spopielenia mogłaby jeszcze trochę poczekać, aby była gotowa na pierwsze użycie.
— Nie. Trochę się nim pobawię.
Tajemnicza postać roześmiała się. Naraz Mroczny Patryk zniknął w rozbłysku czarnego światła.”

* * * * *

Derogan otworzył oczy. Wokół nadal panowała ciemność. Zaskoczony zastanawiał się, co go obudziło w środku nocy. Wuj często urządzał takie zasadzki o rożnych porach nocy, aby wyczulić go na nawet najcichsze dźwięki. Udało mu się.
Nagle usłyszał ciche kroki. Natychmiast wstał i podszedł do okna. Spojrzał i zobaczył coś, co go przeraziło. Przed zajazdem zgromadziła się spora grupa ludzi. Derogan w nikłym świetle księżyca nie widział ich dość dobrze, ale był szczerze przekonany, iż są to bandyci.
Szybko ubrał zbroję oraz wziął miecz i puklerz. Zapalił świecę i wziął ją do ręki, po czym wyszedł z pokoju. Pobiegł do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie spodziewał się ujrzeć Szymona, jednak nie zastał tam go. Zdziwiony odwrócił się i jak najszybciej pognał do schodów.
Kiedy zbiegł na dół ujrzał niecodzienny widok. Wszyscy klienci, karczmarz oraz kelnerka spali. Deroganem wstrząsnął dreszcz. Scena ta w świetle świecy wyglądała jak obraz z koszmarów. Podbiegł do śpiącego Szymona i szturchnął go. Ten tylko mruknął coś o straszliwych oraz ogromnych niedźwiedziach i spał dalej.
Derogan podniósł chleb, który leżał na stole. Powąchał go podejrzliwie. Jego węch natychmiast wyczuł różnice pomiędzy wonią zwykłego wypieku, a owego chleba. W powietrzu unosił się delikatny odór, przypominający zepsute mleko. Dziwnie znajomy odór.
Derogan zastanowił się. Według wuja powinien być wykształcony w jak największej liczbie dziedzin. Dlatego też uczęszczał na dodatkowe lekcje z zielarstwa. Miejscowy alchemik był dobrym nauczycielem i podzielił się swą wprost ogromną wiedzą o roślinach z Deroganem. Ten wcześniej nie podejrzewał nawet, że elfy hodują roślinę powodującą ochładzanie skóry, co niwelowało pocenie się.
Niewątpliwie żywność posiadała truciznę, powodującą u ofiary zapadnięcie w sen. Z zapachu wynikało, że przyrządził ją amator. Prawidłowa trucizna snu powinna mieć zapach suchego papirusu. I to na dodatek dosyć świeżego.
Derogan jednak nie posiadał dość dużą wiedzę, by znać na nią odtrutkę. Nagle przypomniał sobie, co mówił jego nauczyciel: „Mleko jest lekarstwem na większość trucizn. Przynajmniej tych słabszych”. Niewątpliwie owa trucizna należała do tych słabszych. Silniejsze to na przykład te, zmieniające zdanie oraz nastawienie ofiary. Te to były skomplikowane!
Nie namyślając się wiele ruszył ku ladzie. Przeszedł obok, po czym przeszukał pułki. Znajdowało się na nich sporo rzeczy, między innymi wino, kubki, oraz różne napoje. Nie było tam jednak ani maleńkiej butelki mleka.
Skierował swe oczy na schody wiodące na dół. „Możliwe, iż znajduje się tam przedmiot mych poszukiwań”, pomyślał. Podszedł do schodów, po czym na wpół skacząc pobiegł na dół.
Znajdował się tam magazyn połączony z kuchnią. Spała tam kucharka, swoją głowę opierając na szafce. Derogan zdziwił się. Nie spodziewał się, że kucharka też będzie spać. Wiedział, iż kucharze często kosztują swoich potraw, ale Derogan podejrzewał, że jadło zatruto, w jakiś sposób już po wyjściu z rąk kucharki. W innym przypadku oznaczało to, że zatruto już towary dostarczone do zajazdu. „Ktoś musiał bardzo się postarać. I nie zatrudnił nawet porządnego zielarza!”
Podszedł do szafek wiszących, w poszukiwaniu choćby jednej butelki mleka. W pierwszej szafce znajdowały się rożnego rodzaju przyprawy, podobnie w drugiej. W trzeciej natomiast: chleb, woda i kilka warzyw. Kiedy otwierał czwartą szafkę, ta zaskrzypiała paskudnie. Kucharka podniosła głowę i zdezorientowana spytała:
— Co? Kto tu jest?
Derogan nagle wszystko zrozumiał. Kucharka po prostu zasnęła ze zmęczenia. ”A więc jednak zatruto same potrawy. Teraz wystarczy się dowiedzieć, w jaki sposób to zrobiono”. Nieco zmieszany odpowiedział:
— Jestem Derogan. Wybacz, iż cię niepokoję, ale szukam mleka, gdyż wszyscy na górze zostali otruci trucizną, powodującą zapadnięcie w dosyć głęboki, aczkolwiek dość irytujący u innych sen.
Kucharka wydawała się być zszokowana.
— Więc po co ci mleko, młodzieńcze?
Derogan uspokoił się.
— Mleko jest lekarstwem na większość trucizn – powtórzył słowa swego nauczyciela.
Kucharka potaknęła, po czym wskazała na półkę naprzeciwko. Stały tam liczne butelki, jednak były tak okryte warstwą kurzu, że nie dało się dojrzeć zawartości.
„Najwidoczniej goście rzadko piją zwykłe mleko”, pomyślał Derogan. Podszedł tam.
Wziął pierwszą butelkę, i otarł kurz. Znajdowało się tam biały płyn. Derogan otworzył ją i powąchał. To z całą pewnością było mleko. Sprawdził też inne butelki, ale znajdowało się w nich głównie wino i kilka soków. Westchnął. Jedną butelką odtruje najwyżej dwie osoby. Jeśli dopisze szczęście (i układ odpornościowy owych osób) trzy. Ruszył w stronę schodów.
— Gdybyś jeszcze czegoś potrzebował wystraszy powiedzieć – oznajmiła kucharka. – Tak przy okazji to jestem Helga.
„A więc miałem rację”, pomyślał Derogan, ”Baraber jednak zna się na rzeczy. Chociaż kiedyś próbował mi wmówić, że w Myrhar chodują trujące węze. Ale to bodajże zmyślił”.
Szybko wbiegł po schodach, po czym zastanowił się. Nie mógł marnować ani kropli leczniczego płynu. Po dłuższym namyśle podbiegł do Szymona. Wlewał mu do ust pojedyncze łyki mleka. Po którymś z kolei łyku Szymon nagle otworzył oczy. Zdezorientowany rozejrzał się wokół, po czym podniósł wzrok na Derogana i zapytał:
— Co się stało? I gdzie się podziały te paskudne niedźwiedzie?
Derogan powstrzymując się od śmiechu pokrótce wyjaśnił mu sytuacje. Kiedy Szymon to usłyszał natychmiast wstał po czym pobiegł na górę, zapewne aby się przebrać i wziąć strzały oraz łuk.
Derogan natomiast przyjrzał się butelce. Pozostała mniej więcej połowa płynu. Rozejrzał się, poszukując osoby, która mogłaby im w dużym stopniu pomóc w obronie zajazdu. Nie ujrzał żadnego wojownika. Nagle przypomniał sobie, o rycerzu, który znajdował się na górze.
Szybko dopadł schodów, po czym wszedł na górne piętro. Rycerz siedział (czy raczej spał) przy stole. Był ubrany w brązową zbroję. Podobne (aczkolwiek nie inne w kilku detalach) nosili strażnicy Nithal. Derogan wlał mu do ust pozostałą zawartość butelki. Ten powoli otworzył oczy, po czym rozejrzał się.
— Kim jesteś? I co z tymi orkami? Zdobyli w końcu Ithan? — spytał się.
Derogan nie wytrzymał. Zachichotał. Szybko odpowiedział (na wszystkie pytania), po czym powiedział mu o truciźnie w jedzeniu i bandytach. Kiedy tylko to zrobił, rycerz zerwał się z miejsca.
— Nazywam się Ahonir. Najlepiej będzie, jeśli zabarykaduję drzwi zanim te zbójeckie dranie wejdą do środka. Wtedy załatwią nas samą przewagą liczebną.
Derogan potaknął. Ahonir pobiegł na dół. Derogan nagle przypomniał sobie, o swojej własnej butelce mleka. Szybko pobiegł do pokoju, karcąc się za to, że wcześniej o tym nie pomyślał.
Wpadł do pomieszczenia i wyjął z plecaka butelkę mleka. Nagle do pokoju przez okno wpadła strzała. Derogan odruchowo padł na ziemię. Strzała trafiła butelkę z mlekiem, tłukąc ją na kilka kawałków. Cały płyn rozlał się po podłodze.
— A żeby to! — wykrzyknął Derogan. Stracił właśnie lekarstwo na truciznę. Wściekły, wysłał magiczną kulę, po zakrzywionej trajektorii. Kula wypadła przez okno, po czym dało się słyszeć huk i gniewne okrzyki. Gdzieniegdzie słychać też było jęki bólu.
Derogan wypadł z pokoju, po czym pobiegł na dół. Na dole Szymon i Ahonir barykadowali drzwi wszystkim co się dało; krzesłami, stołami oraz stojakami. Kiedy zauważyli Derogana, przerwali.
— Wyważenie tych drzwi zajmie im trochę czasu – rzekł Szymon.
Derogan potaknął.
— Wiecie może, ile ich jest?
Ahonir skrzywił się.
— Co najmniej piętnastu. Wiem, że jest to największa banda w okolicy. Kapitan Fortu Eder obiecał sporą sumę w złocie każdemu, kto wskaże położenie tej zgrai.
Derogan zastanowił się. „A więc co najmniej piętnastu. To i tak za dużo na nas trzech. Ale jeśli kapitan dowiedziałby się o tym ataku….” Derogan wyprostował się.
— Czy jest stąd może jakieś inne wyjście?
— Tylko okna.
— Bandyci okrążyli cały zajazd?
— W ogóle ich nie widać na wschodzie.
Szymon spojrzał na swego towarzysza.
— Czy myślisz to samo, co ja?
— Wyjdziesz przez okno, a następnie sprowadzisz pomoc z Fortu Eder – odpowiedział Derogan. – To jedyne wyjście.
Szymon potaknął. Napiął cięciwę i nałożył strzałę, po czym zbliżył się do okna. Nie było ono zbyt wielkie, dlatego wyjście okazało się trudniejsze, niż na początku podejrzewali. Ale w końcu Szymon znalazł się po drugiej stronie. Skradając się, ruszył na południe. Derogan zamknął okno, po czym powiedział do Ahonira:
— Musimy bronić tej pozycji, dopóki nie wróci Szymon.
— Jeśli wróci. Nie wątpię, że kapitan wyśle żołnierzy, a najpewniej sam tutaj przybędzie, ale tych bandytów może być po prostu za dużo.
— Zaufaj mi. Nie doceniasz go. Schwytanie tropiciela nie jest takie łatwe.
Nagle do środka wpadła kolejna strzała. Na szczęście wbiła się jedynie w ladę, nie czyniąc nikomu krzywdy.
— Nie wiedziałem, że bandyci strzelają z łuków.
Ahonir wzruszył ramionami.
— Ja też nie.
Bez dalszej dyskusji podeszli do ściany aby stanąć obok okna. Derogan przywołał magiczny pocisk, po czym wysłał go przez okno. Usłyszał krzyk, po czym upadek ludzkiego ciała. Z wahaniem wyjrzał przez okno, po czym natychmiast się cofnął. Powietrze przed nim przeszył rzucony sztylet, który wbił się w ścianę naprzeciwko. Szybko myśląc, Derogan powiedział do Ahonira:
— Ty broń drzwi. Ja natomiast od góry zaatakuje ich za pomocą magii.
Ten się zgodził, Derogan zaś pobiegł na górę. Otworzył okno, po czym ponownie odskoczył. Tym razem jednak nic nie przeleciało przez powietrze. Odskoczył tylko dlatego, że spodziewał się ataku. Kiedy jednak nic się nie stało, spojrzał przez okno.
Na dole tłoczyło się mnóstwo bandytów. Jednak w ogóle go nie zauważyli.„Żaden z nich nie pomyśli, aby spojrzeć w górę”. Derogan stworzył i zawiesił w powietrzu dwie magiczne kule. Kiedy bandyci podeszli dość blisko, puścił je. Kule spadły na dół, zabijając przynajmniej trzech napastników. Jeden widocznie został ranny.
Nagle zza drzewa nadleciały niebieskie, cienkie pociski magii, które zabiły jednego z bandytów. Reszta schowała się po krzakach. Derogan spojrzał stronę z której przyleciały pociski. Wydawało mu się, że dostrzegł cień postaci przebiegającej pomiędzy drzewami. Niewątpliwie w tej bitwie zyskał nowego, aczkolwiek dość niespodziewanego sprzymierzeńca.
Bandyci zaczęli się wycofywać na zachód, dlatego Deorgan zamknął okno i wybiegł z pokoju.
Wtedy zauważył okno, idealnie w tej sytuacji wysunięte na zachód. Derogan otworzył je i wyjrzał przez nie. I wtedy go zobaczył. Ich spojrzenia spotkały się, pełne zaskoczenia i nienawiści.
„Jego to akurat najmniej się spodziewałem spotkać”, pomyślał. Na drodze do zajazdu stał Manqerl we własnej osobie. Nie namyślając się wiele, Derogan wysłał ku niego magiczny pocisk. Ten przywołał w powietrzu magiczną tarczę. Złota magia uderzyła w czarną. Obydwa owoce magii zniknęły, pod zbyt dużym wzajemnym naciskiem. Derogan zauważył, że Manqerl trzyma w ręku nowy miecz. Ciekawe skąd go wziął.. Pokazał go osobie stojącej obok. Deroganem wstrząsnął dreszcz, kiedy uświadomił sobie, że to ta sama postać, którą widział w śnie. „A więc to znowu była wizja? Ile ich jeszcze będę miał?”, pomyślał. Postać napięła łuk, mierząc w niego. Derogan zrobił unik. Strzała minęła mu obok twarzy.

* * * * *

Szymon był zdekoncentrowany. Może był to efekt tej dziwnej trucizny. Tak czy owak miał ważne zadanie do wypełnienia którego nie mógł nie wykonać.
Kiedy wyszedł przez okno ruszył na południe. Spodziewał się, że pomimo swych umiejętności wcześniej czy później i tak spotka przynajmniej jednego bandytę. Przedzierając się przez krzaki czujnie nasłuchiwał w poszukiwaniu dźwięku kroków oraz szelestu liści.
Wychowanie w Myśliwskiej Wiosce do czegoś zobowiązało. Uczyło słuchać głosu natury i zyskiwać z niego wszystkie potrzebne informacje, a następnie wykorzystać je. Była to dosyć przydatna zdolność, sprawdzająca się zwłaszcza w takich chwilach.
Nie usłyszał żadnego zwierzęcia ani człowieka. Dało się słyszeć tylko szelest liści poruszanych przez wiatr. Oprócz tego nic. Nawet odgłosów zwierząt. Zaniepokoiło go to.
Po niedługim czasie zauważył kamienne schody. Szybko przez nie przemknął. Na dole znajdowała się najwilgotniejsza część bagien. Stało tam wiele nagrobków, miejsc spoczynku dawnych, zapomnianych bohaterów. Szymon ostrożnie przeszedł pomiędzy nimi. Na szczęście przebiegała tamtędy ścieżka, więc Szymon nie zgubił drogi.
Kiedy wszedł na ścieżkę, ujrzał na południu Fort Eder. Wysokie, kamienne mury lśniły upiornym blaskiem w słabej poświacie księżycowej i o wiele słabszym świetle odległych gwiazd.
Szymon obejrzał się. Dostrzegł eksplozje złotego światła tuż obok zajazdu. „Mam nadzieję, że wytrwają”, pomyślał Szymon, po czym pobiegł w stronę fortu. MUSIAŁ zdążyć.
Po kilku minutach dobiegł do bramy. Ta jednak była zamknięta, a przed nią stało dwóch strażników. Obydwaj byli opancerzeni w żelazne, nieco niebieskie zbroje. Kiedy Szymon do nich podszedł spojrzeli na niego podejrzliwie, po czym spytali:
— Kim jesteś? I czemu szwendasz się po nocy?
— Moje imię jest bez znaczenia, ale przynoszę ważne wieści dla kapitana owego fortu.
— Czyżby?
— Owszem.
— Jak bardzo są ważne?
— Zależą od nich losy wielu ludzi i honor całego tego fortu.
Tamci chyba się zmieszali.
— Niech ci będzie. Otwierać bramę!
Krata szła w górę niezwykle wolno. Kiedy podniosła się dość wysoko, aby mógł się w niej zmieścić z szybkością jelenia przez nią przebiegł.
Na placu stał człowiek w czarnej zbroi i mieczem w dłoni. Zaskoczony spojrzał na Szymona.
— Coś się stało?
— Przynoszę bardzo ważne wieści dla waszego kapitana.
— Ooo! Więc chodź za mną. Jestem sierżant Wiaderny.
Podszedł do drzwi prowadzących do głównego budynku fortu i otworzył je. Szymon przełknął ślinę, po czym ruszył za nim.
Budynek fortu miał kilka pięter. Znajdowały się z nich rożne rodzaje uzbrojenia, stół do wspólnych posiłków strażników, kuchnia oraz kilka beczek i skrzyń, zapewne z zaopatrzeniem fortu.
Szymon na ostatnie, trzecie piętro wszedł samotnie, zostawiając sierżanta Wiadenrego na schodach. Z kapitanem rozmawiało się w cztery oczy. Na górze znajdowały się dwa pokoje; w tym, w którym był Szymon znajdowało się kilka półek oraz zbroja. Szymon przeszedł do następnego. Był to gabinet kapitana.
W środku znajdował się stół, przed którym siedział mężczyzna okuty w niebieską ciężką zbroję. Na jego głowie widniał rogaty hełm. Miał spuszczoną głowę, najwyraźniej czymś zmartwiony. Szymon nie miał wątpliwości, iż jest to kapitan Fortu Eder. Kiedy do niego podszedł, tamten błyskawicznie podniósł głowę.
–Stało się coś? – zapytał.
–Owszem – odpowiedział mu Szymon. – Razem ze swym towarzyszem zatrzymaliśmy się w Zajeździe pod Zielonym Jednorożcem. Kiedy zostawiłem w pokoju swoje rzeczy, poszedłem na dół, aby się posilić. Dalej nic nie pamiętam. Po upływie zapewne dość długiego czasu mój towarzysz obudził mnie z niezwykle głębokiego snu. Wszyscy w zajeździe byli w nim pogrążeni!Mój towarzysz powiedział, że do jedzenia dodano truciznę, powodującą sen. Oprócz tego cały zajazd jest otoczony przez bandytów. Jest ich tam ponad piętnastu i podejrzewamy, iż są to ci bandyci, za których niedawno obiecał pan nagrodę.
Na te słowa kapitan natychmiast się poderwał.
–Ho ho ho. Widzę, że mamy tutaj obiecującego młodzieńca! Dzięki ci chłopcze za tę wieść. Długo czekałem na dzień, w którym rozprawimy się z tą rozbójniczą bandą. Natychmiast ruszamy! Sierżancie, zbierz wszystkich ludzi!
–Tak jest, sir! – odpowiedział sierżant, który przybył na zawołanie kapitana.
–Czy mogę wam towarzyszyć? – spytał nieśmiało Szymon.
–Naturalnie.
* * * * *
— Co, już nie jesteś takim chojrakiem? – dobiegło zza okna.
— A ty jesteś jeszcze większym tchórzem, niż ostatnio. Zastanawiam się jak to w ogóle możliwe. Wtedy chowałeś się za szkieletami, tym razem za łucznikiem wystrzeliwującym maszynowo jedną strzałę na sekundę!
Przez chwilę trwała cisza, po czym do pokoju wpadła kolejna strzała, trafiając w ścianę tuż obok Derogana. Zorientował się już, że ów łucznik jest bardzo zapoznany ze swoim fachem. Potrafił precyzyjne celować nawet bez widzenia celu. Całe szczęście, że Derogan był taki zręczny.
–Pomóż! Już prawie się przedarli! – usłyszał krzyk Ahonira na dole.
–Natychmiast schodzę! – odkrzyknął Derogan.
Z kocią zwinnością skoczył nad schodami i wylądował na parterze. Następnie spojrzał w kierunku drzwi.
Barykada została niemal całkowicie zniszczona. W wielu miejscach widniały dziury, przez które widać było tłum bandytów starających się rozbić drzwi. Niestety szło im to aż nadto dobrze. Wielu już wpychało ręce do środka zajazdu.
Derogan posłał w nich pocisk magiczny. Ten zgrabnie przeleciał przez jedną z dziur i trafił prosto w bandytę. Ów krzyknął i upadł, lecz natychmiast jego miejsce zastąpił następny. Derogan podskoczył do drzwi i zaczął ciąć bandytów mieczem, starając się zyskać jak najwięcej czasu. Wydawało mu się, że tłum bandytów w ogóle się nie zmniejsza. Nawet ci, którym już przeciął dłonie dalej się pchali.
W końcu jednak drzwi zatrzeszczały i upadły. Derogan i Ahonir odskoczyli od nich, ratując się przed zmiażdżeniem przez wyważone drzwi popychane tłumem przeciwników. Do środka natychmiast wpadła grupa bandytów.
W tej chwili Derogan przywołał moc i stworzył rozbłysk światła, który oślepił oprychów. Zdezorientowani próbowali trafić w Ahonira, ale niezbyt im się to udawało.
— Na górę! Będziemy bronić się na schodach! – krzyknął Derogan.
Szybko wycofali się na górę, a Derogan stworzył magiczną tarczę zajmującą całe przejście, uniemożliwiającą bandytom wejść za nimi. Wielu z nich uderzało mieczami w tarczę, co było dosyć męczące. Co jakiś czas Ahonir pchał przez tarczę jednego z bandytów (a było to możliwe, ponieważ była to tarcza jednostronna), ale najczęściej miecz był blokowany.
Nagle Derogan ujrzał Manqerla, wchodzącego powoli na schody. Wszyscy bandyci natychmiast ustępowali mu drogę. Kiedy stanął przed barierą podniósł rękę i zaatakował ją. Toczył z barierą walkę mentalną na poziomie zaawansowanym, starając znaleźć punkt zaczepienia, który pozwoliłby mu odwrócić zaklęcie. Derogan nie spodziewał się tego. Bardziej prawdopodobne dla niego było, że Manqerl po prostu zaatakuje barierę. Tak zazwyczaj robił, jeśli szło o sprawy magiczne. ”W końcu się zorientował, że nie wygra ze mną za pomocą siły”, myślał Derogan, ”cóż, lepiej późno, niż wcale”.
Naraz tarcza pękła, w eksplozji złotego światła. Siła wybuchu odrzuciła obrońców oraz bandytów daleko do tyłu. Oszołomiony Derogan próbował wstać. Wiedział, że musi natychmiast odnowić tarczę. W przeciwnym bądź razie czekała ich natychmiastowa śmierć. Podniósł głowę i ujrzał bandytów, wchodzących powoli na górę. Na ich czele kroczył Manqerl. Derogan podniósł dłoń i wysłał w jego stronę pocisk magiczny, lecz ten z łatwizną go odbił. Derogan był na skraju wyczerpania fizycznego.
Nagle usłyszał uderzenie stali o stal. Manqerl się obrócił i coś krzyknął. Na jego twarzy widać było gniew i strach. Zszedł po schodach i Derogan stracił go z pola widzenia. Nieoczekiwanie poczuł, że ktoś go podnosi i opiera go na swoim ramieniu. Odwrócił głowę i ujrzał zakapturzonego mężczyznę. Był podobny do tego, który do niego strzelała, lecz jego strój był biały z kilkoma czarnymi kawałkami. Optócz tego kaptur był trochę ostro zwieńczony. Postawił go na nogach i szepnął:
— Dług został spłacony. Krew mych przodków zmazana. Kiedy nadejdzie czas wielkiego niebezpieczeństwa znajdę cię.
A następnie nieoczekiwanie między nim, a Deroganem zadrżało powietrze i poczuł, jak wracają mu siły. Potem mężczyzna wyskoczył przez rozbite okno, znajdujące się nieopodal.
Derogan ostrożnie się podniósł i rozejrzał się, gotów do walki. Niedaleko leżał jego miecz, który natychmiast chwycił. Trzymając go w pogotowiu zaczął schodzić na dół. Na widok, który ujrzał odetchnął z ulgą.
Zajazd wypełniali strażnicy z Fortu Eder. Niedaleko stał zapewne kapitan i rozmawiał z Ahonirem. Wyglądał na zaskoczonego, ale zadowolonego. Derogan nie dziwił mu się. W jednym dniu zdołał ocalić cały zajazd i jednocześnie pozbyć się najgroźniejszej bandy zbójów w okolicy.
Naraz zauważył Derogana i podszedł do niego.
— Jak tam, paladynie?
— W porządku.
— Niesamowite, że utrzymaliście się tak długo – w jego głosie wyczuł szacunek.
Derogan wzruszył ramionami.
— Nauczyłem się kilku sztuczek.
— Najwyraźniej.
— Złapaliście go?
— Zakładam, że chodzi ci o tego mężczyznę dowodzącego bandytami?
— Owszem.
— Zwiał. Teleportował się.
Westchnął.
— Cóż, ucieczki to jego specjalność. Złapaliście przynajmniej tego łucznika?
— Uciekł w krzaki, kiedy tylko nas zobaczył.
— Wiecie może, kim był.
— Nie. Co z nimi? — wskazał na śpiących gości zajazdu.
— Powinni się obudzić rano.
— To dobrze. Proszę, to twoje.
Wręczył Deroganowi niewielką sakiewkę.
— Co to jest?
— Obiecana nagroda za tą bandę.
— Nie zasłużyłem na to. To Szymon was poinformował o tym.
— Ale to TY go obudziłeś. Ale to TY nie pozwoliłeś im wymordować tu wszystkich i zwiać. To tylko dzięki tobie się to udało.
— Są jeszcze Szymon i Ahonir.
Kapitan wzruszył ramionami.
— Rozdziel pomiędzy nimi jak chcesz. Czy mogę zapytać, dokąd zmierzasz?
— Do Nithal.
Kapitan przez chwilę się namyślał.
— Wiesz co? Mógłbym podarować ci jednorazowe pozwolenie na teleportację do Nithal. Co ty na to?
— Byłoby to bardzo szlachetne z pana strony.
— Proszę cię bardzo.
Kapitan wyjął kawałek papieru, po czym napisał coś na nim i podał Deroganowi.
— Proszę. Jednorazowe pozwolenie na teleportację do Nithal z mentalnym odciskiem kapitana Fortu Eder.
— Wielce dziękuję.
— Nie. To ja dziękuję. Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy.
Kapitan odszedł, a do Derogana podeszli Szymon i Ahonir.
— I jak? — spytał Szymon. — Co teraz?
— Wyruszam natychmiast.
— W tej chwili? — spytał Ahonir. — Nie lepiej poczekać na dzień?
Derogan pokręcił głową.
— Nie ma po co. Szymon, idziesz?
— Jasne.
— A więc powodzenia, Ahonirze. Oby Światłość cię strzegła.
— I oby twój miecz pozostał ostry.
Derogan odwrócił się i wyszedł z karczmy. Dzięki pozwoleniu na teleportację wystarczyło dojść do Eder.
— Idziemy? — spytał Szymona.
— W drogę!

PS. BARDZO przepraszam za tak długi czas nieobecności. Jakoś tak się zaciąłem z tym trzecim rozdziałem. Ale teraz postaram wrzucać się częściej. Proszę nie szczędzić mi krytyki; może coś napisałem źle, pojawiła się literówka itp. Pozdrawiam wszystkich i życzę słonecznego lata!


Komentarze

Pozostałe artykuły

  • Wywiad z Mezoarem sar Selu

    Profil: www.margonem.pl/?task=profile&id=224420 Hacku: Witaj! Dziękuję, że zgodziłeś się na udzi...

  • Wywiad z Darazatem

    Wywiad z Darazatem lipko111: Dziękuję, że zgodziłeś się na przeprowadzenie wywiadu, jak się z tym c...

  • Wywiad z Hurinem

    Nerth: www.margonem.pl/?task=profile&id=3568959 - Kontakt kontakt@msvm.pl lub GG: 33939625 Hurin...

×

Porównaj przedmioty Usuń przedmioty

  • Topór orka
    Topór strumienia posoki* unikat *Typ: Dwuręczne
    Atak: 837-1023
    Cios krytyczny +1%
    Siła +34
    Obniża SA przeciwnika o 0.25
    Wiąże po założeniu
    Wymagany poziom: 60
    Wymagana profesja Wojownik
    Wartość: 26.6k
  • Mocny miecz krasnoludów
    Mocny miecz krasnoludów
    Mocny miecz krasnoludów* unikat *Typ: Dwuręczne
    Atak: 1210-1479
    Siła +80
    SA +27%
    Wiąże po założeniu
    Wymagany poziom: 76
    Wymagana profesja Wojownik
    Wartość: 40.3k
+ Przeciągnij tutaj przedmioty do porównania