Upadek - Rozdział 8

Autor: nichal12340

Rozdział 8
Po dwóch dniach marszu dotarli do Skalistej Wyżyny.
Po obu stronach drogi rozciągały się strome urwiska. Już na pierwszy rzut oka widać było że nie da się na nie wspiąć. Na górze kołysały się sosny i świerki.
Słonce górowało na horyzoncie ponad drzewami. Szli przez cały dzień.
Od niedawnego wypadku Danamir nie zdążył wybrać nowego sierżanta. Bardzo brakowało mu jego oficera.
Nagle zauważyli ogromny głaz który wydawał się jakby za chwile miał spaść. Była to okrągła skała wokoło której porozrzucane były mniejsze kamienie.
— Uwaga – krzykną. Wszyscy zamarli w bez ruchu czekając aż wielki kamień osunie się na ziemie. Do Danamira podszedł jeden z strzelców.
Miał podłużną twarz z dawno nie ogolonym zarostem. Zielone oczy i krótkie blond włosy czyniły go całkiem przystojnym mężczyzną. Na szyi nosił naszyjnik, jeden z tych które miały w środku wypisane imię ukochanej.
— Panie dowódco , bez obawy ten głaz nie spadnie.
— A tyś coś taki pewien? Odezwał się niepytany blizna.
— W młodości chodziłem tędy z ojcem, był kupcem – wyjaśnił pośpiesznie a na jego twarzy pojawił się uśmiech wywołany dawnymi wspomnieniami.
W głowie Danamira zakiełkował pomysł by zrzucić ten kamień. Może wtedy zatrzymał by wojska Alzjebiusza które bez wątpienia właśnie zbierały się by ruszyć w drogę.
— Szkoda że nie można się dostać na górę. – powiedział do żołnierza
— Ależ można! Do głazu prowadzi ścieżka, zrobili ją żołnierze króla żeby ten głaz zepchnąć. Ale sprzeciwiły się temu gildie kupieckie.
— Świetnie prowadź.
Zadowolony z siebie poprowadził ich do wejścia na małą ścieżek. Wiodła ona na początku wzdłuż urwiska a potem skręcała w las. Wszędzie było słychać stukające dzięcioły. Inne ptaki śpiewały i latały nad ich głowami. Nie przyzwyczajone do ludzi wiewiórki przypatrywały im się z ciekawością. Widział jedną z nich pomiędzy gałęziami wpatrującą się w niego. Długi czerwony ogon zwisał z gałęzi a mała głowa obracała się to w prawo to w lewo na przemian.
Po kilku minutach wspinaczki dotarli na miejsce. Rosła tu wysoka trawa a nieco dalej rozciągał się las paproci. Wokoło skały wszystko przygotowane był do zepchnięcia ogromnego kamienia w dół. Wyglądało to tak jakby ktoś wiedział, że przyjdą tu by zrobić swoje.
— Te narzędzia zastawili żołnierze, po prostu nie opłacało im się tego zbierać. Wyjaśnił syn kupca który ich tu przywiódł.
— Panie Kapitanie!
Z pomiędzy drzew wybiegł szesnastoletni chłopak. Miał ciemne włosy i fioletowe oczy. Był bardzo niski i drobny, ale strzelał najlepiej ze wszystkich. Miał niezawodne oko. Należał do snajperów ,ale po śmierci Franka Danamir rozwiązał tę formacje. Przydzielił go do tylnej straży ponieważ nie dość że perfekcyjnie obchodził się z kuszą to jeszcze był najlepszym biegaczem.
— Spokojnie pali się czy co? Złap oddech a po… Nie zdążył dokończyć ponieważ młody snajper bezczelnie mu przerwał. Już miał chlasnąć w twarz kiedy ten powiedział:
— Wróg… on ten… Jest jakieś kilka minut stąd. Widziałem ich… kilka chorągwi ciężkiej jazdy… Zaraz tu będą!
Wszyscy osłupieli. Nagle zrobiło się tak cicho że słyszał postukiwanie dzięcioła mimo iż najbliższe drzewo było jakieś pięćdziesiąt metrów od nich.
Spodziewał się że wojsko prędzej czy później wyruszy z Karka-Han, ale nie że aż tak szybko.
Nie było więcej czasu na przemyślenia. Wydał rozkazy i powoli zaczęli przesuwać głaz. O dziwo ten zaciekle stawiał opór.
— Cholera nie zdążymy – Jękną blizna.
— Ej ty leć szybko do ludzi na dole i każ ustawić barykadę z gałęzi. Niech zatrzymają jazdę na tak długo aż zepchniemy ten kamień. – Młodzieniec o fioletowych oczach pomkną w duł z prędkością błyskawicy. Jak on to robi? – Zdążył pomyśleć i z powrotem wziął się za kamień.
Na dole słychać było jak strzelcy przesuwają gałęzie i kamienie. Spodziewał się że naładowali już swoje kusze.
Kamień znów przesuną się o kilka centymetrów.
— No dalej jeszcze trochę!
Usłyszeli stukot kopyt i zobaczyli chmurę kurzu. Na dole słychać był pieśń żołnierzy. Było jednak za daleko by rozróżnić pieśń.
Kamień znów ruszył się, w dół posypało się kilka kamieni.
*****
Cholera wiedziałem że to się tak skończy—pomyślał Asmar. Trzeba było zwiewać jak tylko wyszli z Ithan.
Schowali się za pośpiesznie ustawioną barykadą. Kusze mieli gotowe ale grali na czas. Czekali aż ich dowódca zepchnie z góry ten cholerny kamień.
Zawsze mówił że nie nadaje się do wojaczki, był co prawda silny i młody ale nie lubił się narażać. W Ithan bronił tego co miał – matki, siostry, brata i starej schorowanej babci. A teraz nic już go tu nie trzymało. Obiecał sobie że w Werblin założy swoją nową rodzinę. Dziewczynom się nie martwił, zawsze był przystojny miał ciemne blond włosy i zielone oczy. Każdy mu zazdrościł by był bardzo przystojny.
Ale to później na razie trzeba przeżyć – Skarcił się w myślach
Dowódca wroga rzucił kilka słów i naprzód wyjechało kilku zbrojnych by usunąć przeszkodę.
Co za idioci? Niby skąd wewnątrz tego wąwozy wzięła się kupa gałęzi i kamieni? Przecież takie kamienie z nieba nie spadają, a już na pewno nie w takich ilościach i w tym samym miejscu.
Gdy niedoszli czyściciele drogi podeszli na kilka metrów z ich szyj wyrosły bełty. Strzelający od razu zaczęli ładować kusze, a po przeciwnej stronie barykady wrogi dowódca rozmawiał właśnie z swoimi oficerami. Nie wyglądał na takiego co się przejął stratą kilku żołnierzy. Miał ich przecież całą masę za sobą.
Pierwszy szyk ustawił się do szarży, ale nie zdążył nawet przejechać kilku metrów gdy uderzyła ich salwa.
Większość żołnierzy zsunęła się z siodeł, a reszta szybko zawróciła dając czas na przeładowanie.
Tym razem na twarzy generała pojawił się grymas niezadowolenia. Srogo skrzyczał ocalałych żołnierzy i ustawił ich do następnej szarży. Tym razem po pierwszej salwie niedobitki nie zatrzymały się tylko galopowały wprost na barykadę.
Kusznicy, niezbyt zadowoleni z zaistniałej sytuacji zajęli miejsca po bokach by załadować broń, a na ich miejsce wstąpili żołnierze blizny. Jeźdźców Było teraz jedenastu bo jeden w głupi sposób naprowadził kona na gałąź. Koń się potkną a żołnierz spadł. Przez chwile poczuł współczucie dla niego – W końcu będzie wyśmiewany do końca życia.
Konni przeskoczyli barykadę natomiast obrońcy zręcznie pozbawili życia czterech z nich a dwóm koniom podcięli nogi. Zanim wróg zdążył zawrócić, pociski zabiły wszystkich ocalałych. Odwrócił się w stronę generała. Tym razem chyba się zezłościł. Asmar ze zdziwieniem stwierdził że wrogi wódz jest do niego strasznie podobny. Te ciemne blond włosy… zielone oczy… W młodości był pewnie przystojny ale teraz miał około pięćdziesiątki i świeżo zagojoną ranę pod okiem.
Gdy zobaczył szykujące się trzy szeregi jazdy, około czterdziestu żołnierzy stracił nadzieje. Po tym co zobaczył w Torneg wątpił czy w wypadku kapitulacji okażą mu łaskę.
Ruszyli, grzmotnęła w nich salwa. Mieli właśnie pochylać włócznie gdy z góry spadła na nich lawina.
A jednak nasz drogi dowódca zdążył. Uśmiechną się w duchu i po raz pierwszy poczuł sympatie do młodego kapitana.


Komentarze

Pozostałe artykuły

  • Wywiad z Mezoarem sar Selu

    Profil: www.margonem.pl/?task=profile&id=224420 Hacku: Witaj! Dziękuję, że zgodziłeś się na udzi...

  • Wywiad z Darazatem

    Wywiad z Darazatem lipko111: Dziękuję, że zgodziłeś się na przeprowadzenie wywiadu, jak się z tym c...

  • Wywiad z Hurinem

    Nerth: www.margonem.pl/?task=profile&id=3568959 - Kontakt kontakt@msvm.pl lub GG: 33939625 Hurin...

×

Porównaj przedmioty Usuń przedmioty

  • Topór orka
    Topór strumienia posoki* unikat *Typ: Dwuręczne
    Atak: 837-1023
    Cios krytyczny +1%
    Siła +34
    Obniża SA przeciwnika o 0.25
    Wiąże po założeniu
    Wymagany poziom: 60
    Wymagana profesja Wojownik
    Wartość: 26.6k
  • Mocny miecz krasnoludów
    Mocny miecz krasnoludów
    Mocny miecz krasnoludów* unikat *Typ: Dwuręczne
    Atak: 1210-1479
    Siła +80
    SA +27%
    Wiąże po założeniu
    Wymagany poziom: 76
    Wymagana profesja Wojownik
    Wartość: 40.3k
+ Przeciągnij tutaj przedmioty do porównania